środa, 21 listopada 2007

Throw it out (18.06.2007)


Nie można cały czas trawić i przeżerać w sobie tylko jednej sprawy. A ja cały czas żuję. I zapamiętałem się w tym żuciu, nie odbieram już innych bodźców, tylko te dwa smaki zobojętniają dziś moje kubki. Tak, bo stałem się obojętny. Ktoś mi dzisiaj powiedział: "Olej to". A ja się uśmiechnąłem, bo wiedziałem, że i tak to zrobię, przecież dziś tylko to umiem. Olewać i być obojętnym. Albo... Albo... Umierać z niemożności...z takiej prostej i bezpodstawnej, psychodelicznej i nagle ciągnącej się w nieskończoność.... Albo po prostu usnąć z chorym przeświadczeniem, że tak naprawdę tak będzie lepiej. Wszystko znowu jest czymś, czego nie potrafię. Dlaczego więc żuję nie trawiąc. Może zamiast skupiać się na żuciu powinienem odnaleźć jego przyczynę? Przyczyny?

piątek, 16 listopada 2007

Dlaczego, czyli wiersz optymistyczny lub pesymistyczny


Prawdę odkryto
świat jest zły i brudny
bo ludzie się nie myją
dlaczego
prawdę ukryto
świat jest zły i brudny
tylko ludzie są czyści.

Dreamout


W bladej cerze
Odbijają się runy zmarszczek -
-wyschnięte koryta rzeczne.
W oczach widać uzależnienie
od uzależnienia. Wytarte i puste,
jak stare nierządnice
bezlśnieniem łudzą usta.
Mówią:
Już możesz zacząć po mnie płakać.
Wygrałam.
Już możesz przestać udawać.
Umarłam.
Kościste dłonie przesuwają się po czarnej sukni,
obejmują anorektyczne uda.
Czerń podobno wyszczupla.
Wygrałaś.

piątek, 9 listopada 2007

Straszne


Szaleństwo płaci
Niespełnionym marzeniom.
I chorym śmiechem odgradza
Zasłonę bólu.
Entropia czarnej dziury -
Jesteśmy puści.
Wybaczcie szaleństwu.
Jemu można.

To znowu ja


Radość w popierdoleniu,
Smutek uładzenia.
Wiem, jak to wygląda,
Skoro tak jest.
Radykalny idiota
Wytrwały w sprzedawaniu swoich idei.
Dużo wiem.
Ale tylko wiem.

Ostatnie


Świat już się zamknął, starcze.
Życie - już cię nie podrapie.

Przeglądaj w swoim cieniu
To, czego już nie ma.

Czarny kapelusz i niebieski szalik,
(Nie patrzcie w szare oczy).

Wytrzyj buty, nim wejdziesz do domu,
Drzwi zamknij dobrze, zdejmij okrycie.

Wiem, nie ma kominka.
Musi wystarczyć dębowe krzesło.

Jeśli dotrzesz do kuchni,
Będziesz mógł zobaczyć

Swoje odbicie w kafelkowej tafli.
Zimne odbicie na cmentarnej płycie.

Śmierć jak krew - wysycha.
Zobacz, zmienia się w życie.

Żałuję, że


Słyszałeś, co powiedziałem?
Kłamałem,
Jesteś nikim.
Mojej nicości zawdzięczasz nieistnienie.
Masa bez objętości.
Nieważne.
Ja już nie chcę się liczyć.
Słyszałeś, co powiedziałem?
Nie słyszałeś,
Kłamałem.
Odejdź.

Stan Naturalny


Zbyt pewnym krokiem dziś idziesz,
Zbyt późno dostrzegasz prawdę,
Zbyt mało rozpaczasz nad tragicznym losem,
Zbyt często pragniesz zmienić mi życie.

Czujesz, czujesz ten oddech,
Znasz, znasz tę zabawę,
Myślisz, myślisz - odejdę,
Mówię, mówię - odchodzę.

Za mało widziałeś, za mało, za mało,
Za późno spojrzałeś, za późno, za późno,
Za dużo milczałeś, za dużo, za dużo,
Za wcześnie odszedłeś, za wcześnie, za wcześnie.

Byłeś?

Dziecko


Posłuchajcie, jak umierało we mnie dziecko.
W godzinach westchnień
I minutach napięcia.
W momentach ciszy
I chwilach przerażenia.
Krzyczało - późno już.
Czas wracać do domu.
Czas.
Posłuchajcie, to serce.
Skrzypieniem przypomina, że jeszcze jest.
Nie przelało czary marności -
Nie krzyczy.
Nie pamięta.

Posłuchajcie, jak w was umierało dziecko.
W poplamionej świadomości
I nudzie sobotniego kina.
W dziurawym płaszczu rozterek
I banale wytartej koszuli.
Chodź, dziecko, na obiad,
Dziś zupa z rdzy i gniewu.
Posłuchajcie. Czas zatarł różnicę.
Błogosławionym jestem,
Jeśli kłamię.


8 XI 2007

środa, 7 listopada 2007

Ja jestem


Przerażony swoją zwykłością
W słabości oglądam swoją inność.
Patrzcie, patrzcie!
Już jestem.
I patrzę na was.
Jesteście silniejsi,
Ale i zło jest większe.

Może każdy powinien spojrzeć w lustro,
A potem stłuc je i
Zawrzeć ponowny układ: Boże, Boże,
Ty jednak jesteś inny!
A ja w swojej własnej, intymnej inności,
Pozostaję jednym z was.

Ja też wołam: Boże, Boże,
Dlaczego wszystko jest tak łatwe?
Jest.
Tylko dopóki kontempluję nocne niebo
I otulam się fajkowym dymem.
Tylko.
Ale i zło jest większe.

Na pieńku


Życie chyba cię nie lubi.
Mimo to kurczowo trzyma się twojej osoby,
Tak, jakby chciało się na tobie zemścić.
Czy czujesz?
Ręce masz zimne,
A i krew już wystygła.
Tragicznym błogosławieństwem,
Pożądanie i nienawiść śmierci.
Twoje życie.
Ale kiedyś i ono się wyrzeknie.