środa, 21 listopada 2007

Throw it out (18.06.2007)


Nie można cały czas trawić i przeżerać w sobie tylko jednej sprawy. A ja cały czas żuję. I zapamiętałem się w tym żuciu, nie odbieram już innych bodźców, tylko te dwa smaki zobojętniają dziś moje kubki. Tak, bo stałem się obojętny. Ktoś mi dzisiaj powiedział: "Olej to". A ja się uśmiechnąłem, bo wiedziałem, że i tak to zrobię, przecież dziś tylko to umiem. Olewać i być obojętnym. Albo... Albo... Umierać z niemożności...z takiej prostej i bezpodstawnej, psychodelicznej i nagle ciągnącej się w nieskończoność.... Albo po prostu usnąć z chorym przeświadczeniem, że tak naprawdę tak będzie lepiej. Wszystko znowu jest czymś, czego nie potrafię. Dlaczego więc żuję nie trawiąc. Może zamiast skupiać się na żuciu powinienem odnaleźć jego przyczynę? Przyczyny?

piątek, 16 listopada 2007

Dlaczego, czyli wiersz optymistyczny lub pesymistyczny


Prawdę odkryto
świat jest zły i brudny
bo ludzie się nie myją
dlaczego
prawdę ukryto
świat jest zły i brudny
tylko ludzie są czyści.

Dreamout


W bladej cerze
Odbijają się runy zmarszczek -
-wyschnięte koryta rzeczne.
W oczach widać uzależnienie
od uzależnienia. Wytarte i puste,
jak stare nierządnice
bezlśnieniem łudzą usta.
Mówią:
Już możesz zacząć po mnie płakać.
Wygrałam.
Już możesz przestać udawać.
Umarłam.
Kościste dłonie przesuwają się po czarnej sukni,
obejmują anorektyczne uda.
Czerń podobno wyszczupla.
Wygrałaś.

piątek, 9 listopada 2007

Straszne


Szaleństwo płaci
Niespełnionym marzeniom.
I chorym śmiechem odgradza
Zasłonę bólu.
Entropia czarnej dziury -
Jesteśmy puści.
Wybaczcie szaleństwu.
Jemu można.

To znowu ja


Radość w popierdoleniu,
Smutek uładzenia.
Wiem, jak to wygląda,
Skoro tak jest.
Radykalny idiota
Wytrwały w sprzedawaniu swoich idei.
Dużo wiem.
Ale tylko wiem.

Ostatnie


Świat już się zamknął, starcze.
Życie - już cię nie podrapie.

Przeglądaj w swoim cieniu
To, czego już nie ma.

Czarny kapelusz i niebieski szalik,
(Nie patrzcie w szare oczy).

Wytrzyj buty, nim wejdziesz do domu,
Drzwi zamknij dobrze, zdejmij okrycie.

Wiem, nie ma kominka.
Musi wystarczyć dębowe krzesło.

Jeśli dotrzesz do kuchni,
Będziesz mógł zobaczyć

Swoje odbicie w kafelkowej tafli.
Zimne odbicie na cmentarnej płycie.

Śmierć jak krew - wysycha.
Zobacz, zmienia się w życie.

Żałuję, że


Słyszałeś, co powiedziałem?
Kłamałem,
Jesteś nikim.
Mojej nicości zawdzięczasz nieistnienie.
Masa bez objętości.
Nieważne.
Ja już nie chcę się liczyć.
Słyszałeś, co powiedziałem?
Nie słyszałeś,
Kłamałem.
Odejdź.

Stan Naturalny


Zbyt pewnym krokiem dziś idziesz,
Zbyt późno dostrzegasz prawdę,
Zbyt mało rozpaczasz nad tragicznym losem,
Zbyt często pragniesz zmienić mi życie.

Czujesz, czujesz ten oddech,
Znasz, znasz tę zabawę,
Myślisz, myślisz - odejdę,
Mówię, mówię - odchodzę.

Za mało widziałeś, za mało, za mało,
Za późno spojrzałeś, za późno, za późno,
Za dużo milczałeś, za dużo, za dużo,
Za wcześnie odszedłeś, za wcześnie, za wcześnie.

Byłeś?

Dziecko


Posłuchajcie, jak umierało we mnie dziecko.
W godzinach westchnień
I minutach napięcia.
W momentach ciszy
I chwilach przerażenia.
Krzyczało - późno już.
Czas wracać do domu.
Czas.
Posłuchajcie, to serce.
Skrzypieniem przypomina, że jeszcze jest.
Nie przelało czary marności -
Nie krzyczy.
Nie pamięta.

Posłuchajcie, jak w was umierało dziecko.
W poplamionej świadomości
I nudzie sobotniego kina.
W dziurawym płaszczu rozterek
I banale wytartej koszuli.
Chodź, dziecko, na obiad,
Dziś zupa z rdzy i gniewu.
Posłuchajcie. Czas zatarł różnicę.
Błogosławionym jestem,
Jeśli kłamię.


8 XI 2007

środa, 7 listopada 2007

Ja jestem


Przerażony swoją zwykłością
W słabości oglądam swoją inność.
Patrzcie, patrzcie!
Już jestem.
I patrzę na was.
Jesteście silniejsi,
Ale i zło jest większe.

Może każdy powinien spojrzeć w lustro,
A potem stłuc je i
Zawrzeć ponowny układ: Boże, Boże,
Ty jednak jesteś inny!
A ja w swojej własnej, intymnej inności,
Pozostaję jednym z was.

Ja też wołam: Boże, Boże,
Dlaczego wszystko jest tak łatwe?
Jest.
Tylko dopóki kontempluję nocne niebo
I otulam się fajkowym dymem.
Tylko.
Ale i zło jest większe.

Na pieńku


Życie chyba cię nie lubi.
Mimo to kurczowo trzyma się twojej osoby,
Tak, jakby chciało się na tobie zemścić.
Czy czujesz?
Ręce masz zimne,
A i krew już wystygła.
Tragicznym błogosławieństwem,
Pożądanie i nienawiść śmierci.
Twoje życie.
Ale kiedyś i ono się wyrzeknie.

niedziela, 28 października 2007

Underground noir expirence


O tym jak zwykła, głupia żądza przeżycia człowieka pierwotnego ograniczyła i ujęła w formę umysły uczonych kościołów całego świata i wpłynęła na mentalność milionów czyniąc ją powolną dziejowej spuściźnie.


moment:[ja ciebie też]

piątek, 12 października 2007

Prawda umiera dwa razy


Mistrzu, co dawno już leżysz w swym grobie
Spojrzałeś w oczy tytana sklepienia.
Kim byłeś tam, kiedy ja przy Tobie
Truchleniem zakryłem powieki cierpienia?

W ciemność zapadłe
Z ciemności powite
Ciemnością wyblakłe
I w ciemności ukryte.

Runęły powały, czar nocy wyryły
W Twą duszę jasną, nieskalaną snami.
Widziałem. Cóż w sercu moim odbiły?
Stanęły, o Mistrzu, cierniem między nami.

W ciemność zapadłe
Z ciemności powite
Ciemnością wyblakłe
I w ciemności ukryte.

Kim byłem, gdy padając ze łzami,
Prosiłem tego, co włada niemocą,
By mnie poniósł pod swymi skrzydłami,
A on ojcowską poradził pomocą?

I w ciemność zapadłem
Z ciemności powity
Ciemnością wyblakły
I w ciemności ukryty.

Czemu opuszczony i porwany przez Ciebie,
Ciągniony w odchłanie silnymi więzami,
Co krwią płaciły, gdyś Ty był w potrzebie,
Spadałem, możnością nietrwałą spętany?

I w ciemność zapadłem
Z ciemności powity
Ciemnością wyblakły
I w ciemności ukryty.

Słabość mą bronią, słabość mocą wielką,
Nie własna, lecz wzięta, obrócona w całość.
Nie zginę, nie moja dola pierwszą,
Co owocem zwycięstwa nagradza wytrwałość.

Ciemności zapadłe
Ciemnością powite
Ciemności wyblakłe
Ciemnością ukryte

Mistrzu, czyż onym jesteś nad Pany?
Nie powiesz. Wybrałem dziś los wygnańca,
Ten w jednym dole grzebie nasze mary.
Czekam. Czekam Twego snu...

wtorek, 9 października 2007

Ofiara


Padłem ofiarą własnej nędzy. Nędzy czynu. I nędzy bezruchu. Zdałem sobie sprawę, że ja upraszczać i okrajać, omijać i opuszczać, okrążać i przeskakiwać. Ale czyż nie chodzi o to, by prostą drogą? Czy żyć, by nie analizować zła i toczyć fortunę byle po horyzont? Uproszczenia. A te wynikają czasem z przystosowania do konwenansu. Moja dusza to punk, choć nim nie jestem. Paradoks. Paradoks, bo zawsze zwolennikiem byłem prawdy czystej wobec siebie. I nagle zdobycie się na obchodzenie. Dostałem się w niewolę.
Ogranicza mnie... nieograniczenie moich możliwości. To ile mogę, przytłacza to, co mogę. Chyba więc pozostaje być niewidomym, nie wyglądać poza "teraz", bardziej myśleć o "jest", niż o "będzie". Patrzeć, ale patrzeć patrząc, nie - oglądając i raczej nie ogarniając. O mądrości! Z wielkości wyrasta niemożność.

niedziela, 7 października 2007

Cold side of Hell


Bose stopy. I piasek między palcami. A w oczach... W oczach myśl oswaja zderzenie odmętu i sklepienia. Nie zastanawiało mnie nigdy to, jak mogę rozdzierać te przestrzenie. Nie zastanawiało poczucie teraźniejszości. Teraz? Na popiołach zbudzenia staram się odbudować spokój. Daremne. Nauczyć się nowej rzeczywistości. Niemożliwe. Tak myślisz? Tak myślałem... Piasek przylgnął do stóp, zrobiło się zimno. Wtedy pomyślałem, że kocham wiatr, a on do mnie przyszedł. Zawsze wiedział. Nie zapomnę przejmującego chłodu zadymionych ruin korzeni. Powyrywanych drzew. A potem ciepła ich umierających ciał. Ciepła, które wyryło chłód w mej pamięci. Stało się czymś, dzięki czemu mogę spojrzeć i zobaczyć.

A skoro już żyć będziemy wiecznie,
Postawmy stopę i na tej Ziemi.

poniedziałek, 24 września 2007

Porządek panuje


Rozszalały czas rwie włosy z naszych głów.
To burzy czas
Burzy zamierzenia
I spełnia nieoczekiwane.

Wysypuje z worka gwiazd
Czarną dziurę niepamięci.
A my,
Aby żyć dniem,
Łopoczemy - chorągiewki.


W burzy czas
Sami szukamy nowych początków.
Na ruinach wieczorów
Budujemy szałasy.

I tylko ja to wiem
Płońcie, płońcie.
Żyjemy.
Czy na pewno?

poniedziałek, 20 sierpnia 2007

Niemoc i Niewypowiedziana-a-objawiona


Popękała dziś moja niemoc. Chyba tylko ona potrafi tak pękać. Dokonać autodestrukcji, by stworzyć opus magnum. Zazdroszczę. Moje idee spłonęły, albo okazały się czyjąś własnością. Została tylko jedna, jedyna... jedenasta. Wybrana i odrzucona. Ale tylko na chwilę. My to wiemy. A "My"to... To znak, że warto ginąć. Pękać. Kruszyć. Wydobyć... Zjeść. Nie chcę umierać za pacyfizm. A skoro nie potrafię inaczej niż mówić to... Zginąć lepiej niż zwyciężyć. Wielkie dzieła płoną, a mistrzowie gniją w trumnach. O czym to ja mówiłem?

Kult Księżyca (Gdzieś na autostradzie)


Odpadnięcie głowy. I znów odpadnięcie. Tym razem odpadnięcie ręcyma. Ale też głowy. Nie, ja nic nie piłem. Odpadywam sobie. Ręce pchają mnie ku mojemu własnemu Światu. Moje własne. Oglądam. Patrzę i patrzę i widzę i widzę. Dłonie. To tak jak wtedy, kiedy czuję się zajebiście źle, ale nie z tego powodu co zwykle (jakkolwiek byś nie myślał - źle myślisz). Źle myślę. A kiedy źle myślę, jestem taki jak zwykle. Zwykły. Chciałbym znowu być(co ja mówię?). Mówię o zwykle. Staję się tym, czego nie umię, żeby móc potrafić. Czyli nic się nie zmieniło.


Jeszcze trochę i nie będę wiedział.

wtorek, 14 sierpnia 2007

Z dziś (korzenie)


I znów wracam swą pamięć ku lepszym czasom. Czasom, gdy powszedniość taką właśnie była, a to co dziś nazywam złym, stawało się fundamentem mojego „ja”. Czy zatem wyrzekłem się przeszłości? Czy teraźniejszość zagłuszyła już to, co minęło? Nie. Nie. Patrzę z taką samą pasją, słucham i czuję przebiegające po moim ciele dreszcze. Jak wtedy. Pamiętasz? Byliśmy. Jak... Teraz już wiem. Właśnie – teraz. Może to dobrze, że nie wiedziałem. A wszystko, co się robi wcześniej, robi się uczciwiej. Dziś nie żałuję. W sumie tylko to chciałem powiedzieć.
Rozliczenie.

czwartek, 2 sierpnia 2007

Płacz


Głupcyy, Ślepcyyy, Czarodziejee...
Wy.
Zginiecie.
Wy.
Zginę i ja... (płacz, jesteś obłudnikiem)

Myślałem o tym,
Zdrapując tynk z przydrożnej kapliczki

Białe paznokcie.
Biała kapliczka.
Szara dusza.
Szara duszyczkaa...

Drzewo Życia


A kiedy i nas opęta,
Swoboda milczenia,
Tam, w ziarnku piasku zwanym Ziemią.
Zobaczmy, jak jest naprawdę.
Cicho.
Może to dlatego łatwiej powiedzieć,
Że jesteś inteligentna,
Niż to, że piękną jesteś.
A skoro już żyć będziemy wiecznie,
Postawmy stopę i na tej Ziemi.

Razem żyć będziemy wiecznie.

Księżycowa ławka część I - Ja


Z kukułczego gniazda uciekły ostatnie Księżyce.
Marzenia.
Tak, to znowu ja,
Odgrzebuję siebie
W stosie tautologicznych pleonazmów.

I jak dawniej jestem czymś,
Co tak naprawdę już było.
Nie potrzebuję pamięci,
I ona zapomniała.
Nie jestem taki jak wczoraj,
Nie będę taki jak dziś.

Wciąż tylko zdrapuję farbę z drabiny do Nieba.
Czekam na jutro.
A ono,
Ono nigdy się nie kończy.

środa, 25 lipca 2007

Nie, nic


Usiadłem i popatrzyłem. (Usiadłem bardziej niż popatrzyłem). Zagryzłem ołówek.





Stay in the shade until you reach the grave
Hide from yourself and see how you fade
You'll see how you fade
Love moves on
Life goes on
You'll see how you fade
See how you fade
Move on or you'll see how you fade

(José González - Stay In The Shade)




I nic nie napisałem.

niedziela, 22 lipca 2007

No pain no revolution


No pain no revolution.
Czyli raz mam cię w dupie, a raz na plecach.
Rób tak jak mówię, potem będziesz mógł wpełznąć.
I czekać na pociąg.

Nie, za bilet nie będziesz musiał płacić.

wtorek, 17 lipca 2007

Mogę i ja


Zamknij to okno!!! Otwórz. Rozedrzyj. Obłęd. I nawet nie potrzeba kamyczka wypełnionego kamiennym sensem. Wszystko dzieje się tak, jakby nicość znowu miała łączyć, a to co nierealne stawało się na powrót marzeniem. Wystarczy tylko...
No tak, przypadek nie jest niczyją własnością.

poniedziałek, 16 lipca 2007

Kompot psychiczny


Kompot psychiczny czyli alternatywa
dla równowagi.
Czyli refleksja
siedzącego nad koszem
na śmieci,
do którego przechodnie wrzucają skórki
od bananów.
Bananowe deja-vu.

Zaskoczyła mnie cisza
za moimi plecami.
(Przechodniu, tylko się nie zatrzymuj)
Cisza.
I nocy katowickiego dworca.
Na jej scenie (ścianie?) umierają kolejne księżyce.
Nasze.

A dziś śniła mi się obojętn(ość).

Pierwszy koniec

I tak cała retrospekcja zamknęła się 15 lipca. Zabrakło trzech wpisów. Pierwszego - "Wyznanie upiora", gdyż uznałem, że odbijał się stylem od reszty. "Throw it out", gdyż straciłem jego zapis. No i "Kompot psychiczny", gdyż postanowiłem przerobić ten wiersz (najlepszą wersję również straciłem), mając na uwadze to, że był on już częścią nowego czasu. A przecież nowy czas widać już we wcześniejszych wpisach, choćby "Znam siebie dobrze..." czy "Żyjemy w najlepszym ze Światów". Tak, ale to tylko zapowiedzi. Nie mogę tego tak jasno rozgraniczyć (chociaż w sumie po co ja się w to bawię). Fakt faktem, że przesiadka przypadła na moment wręcz idealny, żeby się od czegoś odciąć. No może nie "się odciąć", ale oddzielić okresy. Dzisiaj po prostu będzie naturalniej. No to chyba tyle ze strony technicznej. Nie wiem czy dzisiaj się będę jeszcze za coś zabierał, zobaczymy. A "nowy czas" może kiedyś zdefiniuję.

niedziela, 15 lipca 2007

Zabawa(wy-baczcie)


I coś powiedzieć.
I po wiedzieć coś.

Refleksja nad "Dżumą" Camusa, czyli traktat o wyższości inteligencji nad instynktem w kontekście szczurów wychodzących na ulicę


Pradawny instynkt pcha szczury wychodzące na ulicę.
Przybywają tu by umrzeć.
Ich krew wycieka z małych,
włochatych pyszczków.
Tak,
szczurza krew ginie w rynsztoku.
I choć konają niegodnie,
tylko niektóre patrzą w gwiazdy.
Inne zaś modlą się do pełni księżyca.
Z mlekiem szczurzych matek
wyssały receptę na śmierć:
wyjście na ulicę.
Ja zaś mówię:
Na początku zawsze musi być nic.

A słoneczny dzień zmył z bruku plamy nocy,
pozostawił tylko siwe gwiazdy.
I niech już tak będzie.

Żyjemy w najlepszym ze Światów


Tyle jest przecież światów równoległych, których przyjście sprawiłoby, że to, do czego teraz dążę, przestałoby mieć znaczenie, a problemy obecne okazałyby się tylko niczym w porównaniu do jednego, nadrzędngo. Świat, w którym myślałbym tylko tu i teraz, tylko o sobie.
Przebudzenie w okopie. Potem marsz we mgle, zatapianie ciężkich butów w błoto polnej drogi. I jak tu walczyć, kiedy oczy zasłania widok rodzinnego obiadu w domu mojego brata, który tak jak tysiące innych idzie, aby mnie dziś zabić. Otwieram oczy. Sosnowy las tchnie świeżym igliwiem, rozrywa piersi, tłucze się w żyłach. Pokazuje mięśniom, że to już niedaleko. Że to tu. Ale ja nie jestem gotowy. Tylko to utrzymuje mnie przy życiu, a raczej zachowuje od śmierci w warunkach samorozkładu, bo tak naprawdę tylko ja się liczę. Beze mnie oni już na zawsze będą jedli ten obiad, a las pozostanie tylko krainą grzybów i zapachów. Jestem tylko ja.

Niepokój (czyli Księżycowa ławka część II)


Miało być jasno a tu ot, mrok nieprzebrany wlewa nam się w oczy jakby już zupełnie miało to wszystko się skończyć. Oj, nie postarałeś się Panie Boże...
Lecz wtedy...
Tak, zrozumiałem. To nie stworzona czerń oblokła dzisiaj nasze spojrzenia, to nie taki smutek zajął dzisiaj nasze serca. A ono właśnie, przyspieszonym biciem zdradziło niepokój, najpierw cichy, drżący ledwie w płomyku świecy, potem narastający w mojej głowie szumem tak silnym, tak uporczywie walczącego z moją słabością, że nawet ręka przyjaciela na ramieniu nie ukoiła chłodu. Tak, chłód poczułem znowu. Cień gęstniał z każdym uderzeniem mojego serca…
Tak, tam było jego źródło

01101011010110100



Kiedyś chciałem być tylko obserwatorem. Dzisiaj wiem, że to było możliwe, ale nie zniosłoby tego moje usposobienie. A ja zawsze powtarzałem sobie, przed wejściem w nowe bagno: "Czym byłby refren bez jednakowości zwrotek?". I zawsze sprzeciwiałem się sobie, robiąc tak jak chcę. Bo to "coś" co pcha pozostaje chyba w sferze podświadomości. W takim razie kocham swoją podświadomość. I żałuję, że czasem wygrał rozum. Wytarłem już zielone smugi. Teraz pozostaje mi już tylko żyć. Ale dlaczego teraz? Nie, nie zaczynać od początku.






Zrobiło się ciemno. Nie, już nie będzie.

(***)


Nie lubię, kiedy nie wiecie, kiedy was nie lubię. Ale nie dlatego, że to wy nie wiecie, ale dlatego, że ja nie potrafię tego powiedzieć językiem gestów. No przecież wprost i tak bym nie powiedział. Nie lubię też waszej niewiedzy wynikającej z mojego niedoinformowania. Kiedy tak patrzę na was to w rozmowie rozkładam w myślach wasze ciała na czynniki pierwsze. I widzę te wasze świńskie oczy wyjęte z oczodołów, które świecąc wnętrzem, odsłaniają wylewający się z wewnątrz płynny mózg. Rozwieram klatkę piersiową, aby odetchnąć ciepłymi oparami waszych wnętrzności.
I tak rozdzierając, przepaławiając, wypruwając, zaglądając i analizując myślę
o tym, jak bardzo was krzywdzę, nie mówiąc, jak to naprawdę z nami jest. A przecież gdybym wszystko opowiedział, wyrzucił z siebie to całe błoto na stół, byłoby o stokroć lepiej. Tylko co ja bym powiedział? -Nie oszukuj się wiesz przecież, -Tak, wiem. Wiem. Tak na prawdę nie lubię mówić niezrozumiale. -Nieprawda. Ty sam siebie nie rozumiesz i nie chcesz, żeby inni cię rozumieli. Bo wtedy mogłoby się okazać, że jesteś człowiekiem. Gdybyś tylko powiedział jedno zdanie. Zdanie. Po prostu.

Księżycowa ławka część IV


Ławka księżycowa podobno wcale nie jest gorsza od słonecznej. A dla mnie jest nawet lepsza bo tylko ją mogę zdefiniować jako miejsce, z którego piszę. Tak, siedzenie tutaj daje satysfakcję. Daje poczucie wyższości, które jest przecież człowiekowi bardzo potrzebne. Bo ostatnio odczuwam, że czasami przy zdrowych zmysłach trzyma mnie już tylko świadomość tego gdzie usadowiłem swoje cztery litery. Ach! szydziłem ze wszystkiego co mam, po to tylko, żeby przekonać się na prawdę jek mało znaczę. I wtedy okazało się, że siedzę na księżycowej ławce.
I znalazłem coś co tylko ja potrafię robić naprawdę. Kłamać.

Znam siebie dobrze, wiem, że nie zrobię jak zwykle


Dlaczego nie potrafię zachować spokoju w sytuacjach, w których w innych warunkach spokój ten bym zachował? Teraz mam nad sobą burzę a spokój mój jest niewzruszony. Dlaczego więc wtedy, gdy go potrzebuję, on okazuje swoją kruchość. Dlaczego czasem coś potrafię a później nie?
I dlaczego wszystkie moje zachowania są w pewien określony sposób uwarunkowane? Mamo, już nie jestem taki jak wczoraj. Mamo, zmieniłem się. Odnoszę wrażenie, że schodzę z boiska w połowie meczu, nie poznawszy ostatecznego wyniku. Opanowanie. Emocje. Opanowanie. Spokój. Emocje. Nie jestem spokojny.

Spokój
Wielki spokój
Przestrzeń między
Łzami w oku

Nie. Nie jestem spokojny.

A w nawiasie:
I znowu obżeram się ptasim mleczkiem. Zawsze się czymś obżeram, jak myślę. Myślę. Myślę.
A potem piję dużo wody. O matko! Gazowana! O, i słucham cały czas tej samej piosenki. Nie może zgubić myśli [ona - piosenka, a mojej myśli].

Tolerancja


O słaba istoto!
Żyjesz z nimi,
Wiem, wolałabyś gdzie indziej.
Oni też jedzą chleb.

Wiersz z pytaniem o tytuł


Wymówiłem Twoje imię -
- przestałaś istnieć.
Jesteś moim kluczem do samotności.
Jak ja Ciebie nazwałem?


moment:[życie jest piękne]

My pragniemy, wy pragniecie, oni pragną


Głupcy!
zapomnienie śmierci
układa powoli trupa,
w szarej, dębowej trumnie
i zasypuje piachem.
chcieliście żyć wiecznie - żyjcie
Krew i tak będzie przemierzała
te same zakręty ludzkiego serca
komora - przedsionek
raz i dwa
wdech i wydech
raz i dwa
skurcz i rozkurcz.

Wypatrujcie więc tęczy na niebie,
takiej jak przed rokiem.
a jeśli jej nie ma, to może sprawdźcie
czy nie spadł już zeszłoroczny śnieg.
nie, to tylko bociany przyleciały z ciepłych krajów,
gdzie pewnie
teraz też jest ciepło.

Mam nad wami wyższość -
- w wieczności oglądam
raz jeszcze
nieuchwytny przebłysk dawnej świetności.
i znów wydaje mi się,
że z zachwytem patrzę na kogoś,
kogo mogłem stracić na zawsze.

Teraz mogę patrzeć.

6 III 2007

Jakie to proste!


Mój Boże, jak bardzo każdy chciałby być kochany!
Powiedziała.
Zaskoczyła mnie,
To taka chwila, kiedy uśmiecham się, spuszczam wzrok
I czuję satysfakcję, że jest jednak coś,
Co mogę zatrzymać tylko dla siebie,
Nie mówić nikomu.

Szkoda, że nie wie, tak, szkoda...

Bo tak naprawdę to nie jest satysfakcja,
A wzrok był mętny.
Zostawiłem sobie ból.
Ale może to dobrze,
Że ona tego nie wiedziała.

Let's make it clear


Jeśli znowu myślisz, że musisz zobaczyć coś z bliska - mylisz się. Nie potrafisz. Wytrawne oko patrzy bowiem na całość nie urągając szczegółowi. A przecież nie o to chodzi, żeby ciągle przypatrywać się wysublimowanej esencji i na niej opierać poznanie. To nasza wspólna ułomność - nie umiemy patrzeć. Patrzymy by umieć, nie - patrzmy by widzieć. Przeczytaj to jeszcze raz.

Stado


Każdego dnia - zapomnieni wychodzą, żeby ktoś przypadkiem ich zauważył. Tak, aby mogli powiedzieć starej znajomości "jak ja cię dawno nie widziałem!", albo spotkać w bocznej uliczce kobietę z żółtymi kwiatami, która wniosłaby w ich życie czerwień. Każdego dnia, nie, nie każdego. Tak tylko powiedziałem. Dzisiaj jeden z nich mi tak powiedział.

Znowu tak myślę


Ludzie nigdy się nie zmieniają. Chciałbym tak powiedzieć bo mam ochotę na doła. I wypomnieć, że zawsze są beznadziejni, a jak nie, to niesamowicie beznadziejni. Że to po prostu my. No ale tak jakoś nie mogę się zebrać. Nie wiem co się ze mną dzieje, bo jeszcze nigdy tak nie miałem, że chciałbym poczuć się źle. Chyba po prostu szukam powodu do samotności. Powodu do moknięcia na balkonie i narzekania na Świat. Potrzebuję tego, ale jakoś nie mogę. Kurwa, to ja jestem beznadziejny.

Wystarczający, wysterczająca


Nie lubię mówić o sobie, że jestem zwariowany, że mam nierówno pod sufitem. Teraz też nie powiem, chociaż nie neguję tego, co zaś nie jest wypowiedzeniem się na ten temat. Przeczytałem dzisiaj po prostu aż nazbyt wiele wyznań ludzi "zwariowanych" i "krejzi", których opis sprowadzał się właśnie i jedynie do tych określeń. Czytając, zastanowiłem się, jak to się ma do mojej osoby.

No to chyba ja to jestem tak całkiem szary.
Poczułem się źle.


Hehe, alegoria stopy. Moja stopa, moja stopaaaa....lalala... język bez oczu...P!

Przy czerwonym świetle


Przy czerwonym świetle - mam tylko tytuł, ale nie mam siły oscylować. Coś chyba mnie zablokowało przez te dni. Ale to minie, kwitnące kasztany o to zadbają. Jeszcze nie wiem jak to jest, ale one na pewno pomogą. Podobno pomagają tym, których nie dotyczą. A mnie jeszcze nie dotyczą. Jeszcze troszeczkę mnie nie dotyczą. Przy czerwonym świetle nie mam czasu, nie mam umysłu, nie mam woli, żeby oscylować. Mógłbym tak jeszcze dużo nie mieć woli. Przynajmniej to potrafię.

Skąpane w miejskim słońcu prażą się orzeszki ziemne


Skąpane w miejskim słońcu prażą się orzeszki ziemne. Nikt nie chce zwrócić na nie uwagi. Wałęsają się po dachach starych kamienic, zawadzają się o powyginane drzewa antenowe. Jest coraz goręcej, a one wciąż się prażą. Chyba ktoś ważny kazał im się prażyć (bo kto z własnej woli chciałby mieć do czynienia z temperaturami popołudniowych miejskich dachów?). W sumie przedstawiają ciekawy widok: Małe, czarne nóżki w krótkich podskokach, przemierzają morze dachówki. W jedną stronę. W drugą stronę.
Każdy orzeszek strzeże kamienicy,
Chłopcy z podwórka mogą sińce liczyć!
Prażą się, ale prażą się chodząc. Nie! Przemierzając! Chyba nucą coś pod nosem (wcale się nie dziwię, gdybym miał się tak prażyć, też bym sobie nucił). Tak, z otwartego okna słychać dokładnie:
Stare Miasto, Stare Miasto,
Wiernie Ciebie będziem strzec,
Mamy rozkaz Cię utrzymać,
Albo w gruzach twoich lec.
Stare Miasto, Stare Miasto,
nanana-nanana...
Mamy rozkaz cię utrzymać,
albo nanana-nanana...*
Słońce już zachodzi, i na Orzeszki przychodzi już czas. Tym razem chowają się w ciemnych, wilgotnych zaułkach. Nie chcą, by ktoś dowiedział się, że noc zmienia je w róże. Ludzie nie dorośli jeszcze do tego aby oglądać chdzące róże. Muszą poczekać do rana.

moment:[duchy miasta]

*Lao Che - Stare Miasto

Na początku zawsze musi być nic


Doświadczenie musi być na początku poświadczone swoim brakiem. Tylko wtedy ma szansę zaistnieć jako doświadczenie. Na tym polega wyższość inteligencji nad instynktem. Uczymy się przecież na błędach.

Rąbiąc drewno można dojść do zaskakujących wniosków.

Tititiiii...


Tititiiii... Głowa...Głowa!!!...Głowaaaaaaa!!! Droga ku ciemności zawsze wiedzie przez oślepiający blask. To zupełnie tak, jakby ten od erównasięemcekwadrat miał rację. Nie spadłem, nie spadłem!!!

Nie odbiłem się
Leżę
I tu
Tu trochę też
Nawet tam
I nie muszę wymyślać, że mój dziadek walczył w trzydziestosiedmioletniej wojnie i wrodzy żołnierze zakopali go w ziemi do pasa i głową w dół. I że jego nogi tak śmiesznie podrygiwały, podczas gdy głowa chłonęła odwieczną zależność materii. Nie nie zginęła nawet jej cząstka. Coś co nie istnieje nigdy nie ginie.
Coś się ze mną chyba stało.
To nic
To tylko
Tylko
Cogito ergo sum się dla mnie odwróciło.
To nic.

Chciałbym coś powiedzieć


Otwarty umysł jest przekleństwem, o ile założyć, że pozostaje w antagonicznym związku z rzeczywistością. Potrzeba jego wypowiedzi kłóci się wtedy z ciągle rosnącym ilorazem inteligencji Świata. A z drugiej strony niemożność określenia się w przestrzeni skutkuje emocjonalnym rozbiciem i zostawia trwałe ślady w psychice. Próżne wtedy zabiegi, próby ratowania systemu, bo ciało jest tylko ciałem, a materia pozostanie materią, o ile Bóg uzna wartość stworzenia. A odwieczne pragnienie ukazania wnętrza zamknie się i tak w worku pełnym Światów.

Wrócimy tu razem


Kiedy myślę sobie, że kiedyś będę musiał to zostawić, żeby poczuć się szczęśliwym, czuję się szaro. Mimo to spoglądam na te obrazy z cichym ciepłem w sercu, z myślą, że może zostanę zaakceptowany i w betonowym świecie będę mógł przesadzić fiołka do większej doniczki. Może mi pozwoli. Bo ja tak naprawdę chciałbym tylko wyjść, tak jak w tamtej piosence, pobyć i z satysfakcją stwierdzić, że to co piękne zakorzenia się zawsze na początku, daje siły do wypuszczania liści. Nie chcę, i nie opuszczę tego miejsca. Będę musiał nauczyć się zaczynać od początku, ale wiem, że poznałem już to, dla czego chciałbym żyć. Może ktoś mnie usłyszy, może ktoś zwróci mi uwagę, że w lesie się nie krzyczy i że trzeba uważać przy przechodzeniu przez ulicę. Będę mógł wtedy uśmiechnąć się znacząco i popaść w zadumę. Przecież to ja wiem, z czego wyrosłem.


moment: [oglądanie zdjęć]

Nie lubię


Nowe wyzwania zawsze prześcigają poczucie spokoju. Tak było i tym razem. Chyba poczucie odpowiedzialności nie jest moją mocną stroną. No ale przecież dobrze wiemy, że wszystko można wytrzymać, jeśli wygrzebać w sobie zakurzone zasoby sił. Nie lubię w sobie tej części duszy, która jest strusiem. Nie lubię, ale często pozwala mi ona wygrać wyścig z potrzebą wysiłku. Nie chcę go, kiedy czuję się zmęczony. Zawsze jestem zmęczony. Fascynujące z drugiej strony jest to jak niektórzy ludzie potrafią z pasją roztrząsać problem swojego zmęczenia w poszukiwaniu energicznego wyskoku. Tak, nie lubię siebie.

Czy ktoś może zrobić mi kawę?


Następnym razem będę musiał się lepiej zastanowić, gdy będę podejmował się tak trudnego zadania. Technika skazała mnie dziś na znoszenie nieznośnej głupoty i zawodności. Nie byłem na to mentalnie przygotowany. Postanawiam poprawę.